Wspólnota Modlitwena Maryi Niepokalanej Modlitwa Serca

 wersja polskaenglish version


Obecnie zapisanych osób: 1813





Wspólnota modlitewna Niepokalanej "MODLITWA SERCA"
w odniesieniu do MIŁOSIERDZIA BOŻEGO

"Miłosierdzie masz okazywać zawsze i wszędzie bliźniemu, nie możesz się od tego usunąć, ani wymówić, ani uniewinnić. Podaję ci trzy sposoby czynienia miłosierdzia bliźnim; pierwszy-czyn, drugi-słowo, trzeci-modlitwa."
Słowa Jezusa do św. Siostry Faustyny (Dz.742)

Zamieszczone teksty dzięki uprzejmości redakcji „Przewodnika Katolickiego”.  Zachęcamy do lektury.

 

Ty tu urządzisz, Boże

 

Z o. Piotrem Jordanem Śliwińskim OFMCap

rozmawia Łukasz Kaźmierczak

 

Słyszy czasami Ojciec w konfesjonale jeszcze nowe grzechy?

– Nie sądzę, żeby mogły istnieć nowe grzechy, to zawsze jest odejście od miłości Boga i bliźniego. Zmieniają się tylko warianty, otoczka i detale, sedno samego złego uczynku pozostaje jednak bez zmiany.

 

„Kusi” mnie, żeby zapytać o pokusę jako źródło grzechu.

– Przede wszystkim praźródłem grzechu jest zły duch. Musimy tę obecność Szatana przyjąć. Owszem, ona bywała ostatnio przeakcentowywana – bo przecież nie chodzi o to, żeby widzieć zasadzki złego ducha za każdym rogiem ulicy – ale on działa i istnieje. I to jest to pierwsze zło personalne, które nas kusi, które z zawiści o nasze zbawienie, nasze szczęście z Bogiem, działa przeciwko nam. Trzeba sobie z tego zdawać sprawę. A po drugie, musimy sobie uświadomić skutek naszego grzechu i to jak bardzo jesteśmy słabi. Dlatego myślę, że chrześcijanin przede wszystkim musi mieć ten totalny realizm w ocenie samego siebie.

 

Realizm, czyli pesymizm?

– Na pewno inne podejście od takiego, które serwuje nam dzisiejsza kultura powtarzająca: „Jesteś świetny, jesteś mocny, dasz radę, pokonasz”. Tylko że potem jest „a kuku”, ponieważ nasze codzienne doświadczenie pokazuje zupełnie coś innego. Staję rano przed lustrem i mówię: „Popatrz, znowu zrobiłeś to samo, co 50 razy już robiłeś i 50 razy obiecywałeś sobie, że więcej nie zrobisz”.

 

To jest strasznie ściągające w dół.

– Owszem, ale tylko pod warunkiem, że zostanę z tym sam. Bo całe mojedoświadczenie bycia z Chrystusem polega na tym, że odkrywam w Chrystusie, że Bóg mnie nie zostawił samego w moim grzechu. Mimo iż setki razy mówiłem: „Boże, wynoś się z mojego życia, nie chcę Cię już znać, będę rządził po swojemu”, to On mnie nie zostawia. Bóg przysyła mi Zbawiciela i mówi: Słuchaj, zaufasz Mu, a jesteś w stanie wyjść ze wszystkiego. Pamiętaj, ja Cię kocham”. I to jest centralne doświadczenie.

Lubię często odnosić się do tej bajki o baronie Münchausenie, który w pewnym momencie z błota sam siebie wyciąga za włosy. I my właśnie chcielibyśmy się z własnego grzechu sami wyciągnąć, ale na to jesteśmy za słabi, potrzebujemy kogoś, kto nas będzie podnosił.

 

Jesteśmy słabi, wiec tym bardziej wodzeni na pokuszenie.

– Pokusa to jest sytuacja okazji. Samo mierzenie się z pokusą nie jest jeszcze grzechem. Bardzo dobrze można to zrozumieć na przykładzie odchudzania albo niemożności jedzenia czegoś. Widzimy ciastko z kremem, ono jest dobre, smakowite, świetnie zrobione, dużo osób zajada je, ale głos wewnętrzny mówi jasno: „Nie mogę tego jeść, bo akurat mi to zaszkodzi”. Podobna prawidłowość występuje w pokusie –  często jest to sytuacja, która na początku wydaje mi się sympatyczna, miła, ale po pewnym czasie odkrywam, że prowadzi mnie do czegoś złego: odrywa od drugiego człowieka, od jedności z Bogiem, popycha do grzechu, który jest zniszczeniem czy też zamazaniem tego podobieństwa we mnie do Boga.  

 

Pokusa a próba od Boga. Można w ogóle mówić o takim rozgraniczeniu?

– Próba od Boga… Ja bym się bał tak mówić. Św. Jakubw pewnym momencie pisze: „Mówicie, że Bóg was kusi. Ale to wasze żądze wychodzą” (por. Jk 1). Tak więc to nie działa w ten sposób, że Bóg mnie kusi, gra ze mną, tresuje jak myszkę, strzela we mnie zdarzeniami jak prądem. Tego nie możemy tak rozumieć. Bóg chce naszego dobra, ale zgadza się na naszą wolność, na to, że sam mogę wybrać, nawet gdzieś tam się wywrócić, po to, bym zrozumiał, że potrzebuję Jego ręki. Bóg ciągle jest przy mnie, jeśli się ku Niemu zwrócę, to On jest na mnie zawsze otwarty. Bóg nie jest obrażalski, Bóg totalnie mnie akceptuje.

 

Mówiąc współczesnym językiem: „Stoi frontem do klienta”.

– Frontem to nawet mało, bo front zakłada pewien pozór, a Bóg jest całym sobą, jeżeli można tak powiedzieć. To nie jest wymuszony firmowy uśmiech, ani efekt prozaku, to jest Jego postawa totalnie mnie afirmująca. Bóg mnie chce. Myślę, że to jest jedno z największych przeżyć człowieka, kiedy już sobie to wreszcie uświadomi.

Bardzo trudno jest uwierzyć, że ktoś mnie tak całkowicie chce, bo wiem z doświadczenia, że nawet najbliżsi chcą mnie, ale pod pewnymi warunkami. Albo że dopiero gdy spełnię jakieś kryteria, ktoś mnie wpuści na salony. Nasze życie jest ciągle czymś uwarunkowane. I dlatego myślimy, że Bóg postępuje podobnie. A Bóg działa zupełnie inaczej.

 

W jaki sposób współczesny człowiek radzi sobie z rachunkiem sumienia? Potrafimy nadawać czynom właściwe fiszki z napisem „dobro” albo „zło”?

– Tu trzeba koniecznie zwrócić uwagę na dwie istotne kwestie. Po pierwsze, my swoje życie widzimy często bardzo statycznie. Trochę wpływa na to dzisiejsza kultura, która nam bardzo mocno ściska perspektywy czasowe, czyli stawia krótkie cele: mamy osiągnąć sukces, kupić coś, to jest na dziś, na jutro, na następny sezon itp. itd. Brakuje nam więc często takiego myślenia historycznego czy też historio-zbawczego o sobie, w dłuższej perspektywie czasu.

Czym grozi taki ścisk perspektywy?

– Dzisiejszy człowiek najczęściej nie potrafi myśleć o sobie w kategoriach innych niż „tu i teraz”: Teraz jestem nieszczęśliwy. Teraz ktoś mnie opuścił, zranił, oszukał. Zgoda, mogę to czuć, ale to nie jest jedyne, co mnie stanowi, bo w moim życiu było ileś tam momentów, kiedy doświadczałem czegoś zupełnie innego. Bardzo często właśnie takie zawężenie historii powoduje szkodliwą absolutyzację.

 

A druga kwestia?

– Zbyt duże zaufanie do siebie, które może być przeszkodą we właściwym rozeznawaniu sumienia. Wynika to po części z tego, że cała kultura wmawia mi dziś: „jesteś świetny”, „możesz wybierać”, „możesz zrobić to i tamto”. I ja w pewnym momencie wierząc w to, już „wiem jak ma być”. Odchodzi więc klasyczna formacja sumienia, czyliciągłe konfrontowanie moich decyzji ze Słowem Bożym, z nauką Kościoła. W końcu „ja wiem wszystko”. A potem nagle pojawiają się sytuacje, w których mam dylemat albo uczę się decydować według kryteriów trzeciorzędnych: moich odczuć, uczuć czy też nastawień estetycznych. Mówiąc o sumieniu, lubię często używać metafory GPS-u. A w tej sytuacji to tak, jakbym używał GPS-u bez satelity. Nie da się nim wówczas posługiwać.

 

Sugeruje Ojciec, że zanika dziś poczucie grzechu?

– Może bardziej sama formacja. Zanika w nas krytyczny osąd rzeczywistości – zarówno tej wewnętrznej, jak i zewnętrznej. Wynika to także ze współczesnej cywilizacji, która ciągle podsuwa nam różne nowe cacka i wmawia, że coś jest świetne, bo chce nam coś sprzedać albo czymś zachwycić. Mam wrażenie, że straciliśmy trochę taki krytyczny osąd, bo zewsząd słyszymy: „Ty wybieraj, Ty jesteś gość, ty wiesz, co jest dobre”.

 

Ty tu urządzisz…

– O tak, ty jesteś tym najważniejszym kryterium, ostatecznym odniesieniem. A potem człowiek rzeczywiście zaczyna sądzić, że we wszystkim może być takim kryterium. I często gubi się wtedy moralnie. Hasło „Ty decydujesz” zaczyna być wtedy przenoszone także na sferę moralną. To ciągle jest pokusa bardzo rajska: będziecie jak Bóg, będziecie znali dobro i zło. To prosty mechanizm: skoro bowiem w innych sektorach życia ja decyduję i to ja jestem najważniejszy, to bardzo szybko dochodzę do wniosku, że mogę także decydować o tym, co jest dobre, a co złe. Ale to się kończy kiepsko. Często otrzeźwienie następuje dopiero wtedy, kiedy uświadomię sobie skutek moich wyborów, którym jest na przykład ból drugiego człowieka albo moje własne cierpienie.

 

Zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: to nie grzech, to słabość.

– Słabość albo pomyłka. Ja się pomyliłem, czyli typowy błąd poznawczy, a nie błąd mojej decyzji, żaden tam błąd moralny czy zły uczynek.  

 

A skoro tak to „wybaczone”.

– Nie, nie wybaczone, w ogóle „nie ma problemu”. Jak się pomyliłem, to sorry, pomyliłem się, nie wiedziałem, przysnąłem, no problem. To się nie liczy.

Mam wrażenie, że trochę staliśmy się dziś w kulturze mistrzami w znieczulaniu sumienia. Właśnie takie robienie wszystkiego, żeby jak najmniej nas bolało. Kto jest winny? Struktura, rząd, proboszcz, żona, rodzice – wszyscy tylko nie ja. To w jakieś mierze może być nawet prawdą, ale najczęściej w wielu decyzjach ostateczny wybór należy przecież do mnie. Oczywiście, może być i tak, że zachowanie innych, ich wybory, wpłynęły na moją decyzję – przykładowo, jeśli ktoś był bity od wczesnej młodości, to być może będzie miał potem problemy z agresją – ale jeżeli sobie to uświadamiam, to mogę coś z tym zrobić.

 

Chyba że zafunduję sobie pełne znieczulenie.

– Wówczas grzech będzie przede wszystkim wpływał na mój ogląd siebie. Będę się starał na siłę albo usprawiedliwić, albo go zakryć, a przez to nie będę miał prawdziwego obrazu siebie. I zaczyna robić się problem, bo wtedy trudno pojednać się z drugim człowiekiem. Skoro bowiem nie popełniam błędów ani nie grzeszę, to trudno mi przyznać, że zrobiłem coś złego. Będę raczej domagał się, żeby ktoś przepraszał mnie, bo w końcu to ja jestem centrum świata. Ale taka postawa jest de facto bardzo bolesna, ponieważ ostatecznie skazuje człowieka na samotność. Prędzej czy później inni zaczną ode mnie uciekać albo trudno będzie mi znaleźć z nimi kontakt, bo to ja będę im dyktował, jacy mają być dla mnie, nie pozwalając im być wolnymi.

 

Jaki więc powinien być naprawdę dobry rachunek sumienia?

– Wszystko musi zacząć się od spotkania z Bogiem. Póki sobie nie uświadomię, kim tak naprawdę jest Bóg i kim jestem ja oraz co to znaczy, że nawracam się do Boga – że zwracam się do Niego, że chcę być Jemu wierny – to sakrament pokuty będzie zawsze wisiał w powietrzu. A zatem odwrócenie się od grzechu to właśnie najpierw uświadomienie sobie, kto jest tak naprawdę pierwszy w moim życiu. Zrozumienie, że pierwszy jest Bóg, a dalej moje obowiązki wobec drugiego człowieka. Siłą rzeczy zaczynam dokonywać wówczas jakiegoś porządkowania i dopiero wtedy moja spowiedź ma sens.

 

Sama wyliczanka grzechów to też jest już jakiś rodzaj porządkowania.

– Zgoda, alejeśli w moim rachunku sumienia zabraknie wspomnianych wyżej odniesień, to będzie on tylko taki pitowo-wyliczeniowy: zrobił, nie zrobił, winien, ma, per saldo i koniec. Ale wtedy grozi nam silne zrytualizowanie sakramentu spowiedzi. Stanie się on jak wizyta w Urzędzie Skarbowym: przychodzę do okienka, oddaję PIT i z głowy, coś tam załatwiłem.

Tymczasem, jeżeli to jest ta moja historia zbawienia pisana z Bogiem, to muszę ciągle poszukiwać tego,  jaki jestem w świetle na przykład Kazania na górze albo w konfrontacji z Chrystusem – czy staram się rosnąć w tym kierunku, który On mi zadaje? Bo przecież moje wybory sumienia nie są tylko wyborami „nie czyń czegoś”, ale także wyborami „czyń coś”. Moralność chrześcijańska nie jest tylko zakazowa, ale przede wszystkim proponująca: „Kochaj Boga”, „Kochaj bliźniego jak siebie samego”,

 

No właśnie „pozytywy” – niemal zupełnie zapomniany element rachunku sumienia.

– To stara dobra tradycja spowiednicza: zobaczyć dobro, bo to dobro zawsze gdzieś jest. Wiadomo, że mamy tendencję do mówienia o złu i to jest też taka typowa przypadłość medialna – wylądowało trzydzieści tysięcy samolotów i nic, cisza, ale  kiedy jeden z nich spadnie, to jest od razu news. W taki sam sposób myślimy często o naszym życiu: nie przyjdzie nam do głowy, że udało nam się trzydzieści tysięcy rzeczy i możemy za to podziękować, ale wystarczy jeden nieudany drobiazg i zaczynamy wokół tego tańczyć.

 

Zakończmy więc optymistycznie…

– Optymizmem przede wszystkim jest sam Bóg, który tak mnie kocha, że posłał swojego Syna, który umarł i zmartwychwstał po to, żeby zwyciężyć grzech. I ten Jego Syn, po zmartwychwstaniu, ustanowił sakrament pokuty, mówiąc: „Którym grzechy odpuścicie, są im odpuszczone”. I to jest centralny wymiar naszej radości.

 

 Piotr Jordan Śliwiński,  kapucyn, ceniony spowiednik, kierownik duchowy i rekolekcjonista. Jest doktorem filozofii, wykładowcą Wyższego Seminarium Duchownego Braci Mniejszych Kapucynów w Krakowie oraz założycielem Szkoły dla Spowiedników, którą ukończyło do tej pory już kilkuset kapłanów diecezjalnych i zakonnych.

 

 **************************************************************************************

  

Rezultaty konwencji

Dorota Niedźwiecka

 

Sejm przyjął ustawę o ratyfikacji Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet. Co to może oznaczać dla każdego z nas?

Decyzja Sejmu nie kończy procesu zatwierdzania ustawy. Trafi ona teraz do senatorów, którzy mogą przyjąć ją bez zmian, wprowadzić poprawki albo odrzucić w całości. Jeżeli Senat przyjmie dokument, ostateczną decyzję podejmie prezydent Bronisław Komorowski.  Prezydent może ustawę podpisać, nie zgodzić się na jej podpisanie (zawetować) albo zlecić Trybunałowi Konstytucyjnemu zbadanie, czy konwencja jest zgodna z polską konstytucją.

Rodzice muszą się zgodzić

W jaki sposób możemy odczuć skutki podpisania konwencji przez prezydenta? Przede wszystkim dotknie nas to jako rodziny. Może być tak, że poprzez działania społeczne, kulturalne i edukacyjne my i nasze dzieci będziemy uczeni, że wyrażanie siebie jako kobieta i mężczyzna, żona i mąż, mama i tata jest zachowaniem niewłaściwym. – Tak konwencja wydaje się rozumieć stereotypowe role społeczne. Jej art. 12 zobowiązuje państwo do ich wykorzeniania – wyjaśnia dr Joanna Banasiuk, prawnik, redaktor materiałów diagnozujących skutki wprowadzenia konwencji w naszym kraju. – Niepokojące jest to, że dokument Rady Europy przewiduje nauczanie o niestereotypowych rolach genderowych na wszystkich szczeblach edukacji: formalnej i nieformalnej, czyli obejmującej także zajęcia sportowe i rekreacyjne – dodaje prawniczka. – Dokument nie daje żadnej możliwości, by rodzice mogli się temu sprzeciwić lub nie posyłać swojego dzieckana zajęcia. Dotyczy to także niezależnych – wydawałoby się – szkół prywatnych czy katolickich.

Kolejny efekt wprowadzenia konwencji: polscy podatnicy, czyli każdy z nas, będą łożyć na utrzymywanie komitetu GREVIO, który będzie monitował wprowadzanie konwencji.

Konwencja nie służy samym kobietom i wprowadza zamieszanie pojęć. W myśl jej przepisów za kobietę będzie uznawany mężczyzna, który wciela się w kobiece role i posługuje kobiecymi atrybutami.

 

Co jest nie tak?

Teoretycznie, przy wprowadzaniu dokumentu takiej rangi nie powinniśmy mieć wątpliwości, gdyż to oznaczałoby, że przyzwalamy na przemoc wobec kobiet. A wątpliwości jednak są.

Opinie prawne,  sporządzone lub zamówione przez Biuro Analiz Sejmowych, mówią jedynie o zgodności niektórych przepisów konwencji z niektórymi przepisami konstytucji. Nie stwierdzają zgodności całkowitej, która jest niezbędna, by w sposób uczciwy wprowadzić konwencję.

Niektórym opiniom można postawić zarzuty formalne, wzbudzające wątpliwość, co do staranności ich sporządzania (przykładowo: autor jednej z opinii sam przyznaje, że ze względów czasowych nie przeanalizował całości dokumentu Rady Europy. W innej opinii mówi się, że słowo „gender” występuje w konwencji raz, podczas gdy pojawia się aż 25 razy).

Ważne też jest, by pamiętać, że nie badamy zgodności polskiej konstytucji z konwencją, ale zgodność konwencji z wypracowaną w polskim kontekście konstytucją.

Możemy coś zrobić

Każdy, kto ma wątpliwości co do wprowadzenia konwencji, może podpisać prośbę do prezydenta państwa, by skierował ustawę do Trybunału. Formularz jest dostępny na stronie: www.protestuj.pl. Podpis można złożyć także nawww.antyrodzinna.pl, gdzie sławne kobiety, takie jak Natalia Niemen, prof. Jadwiga Staniszkis, Joanna Najfeld czy Joanna Szczepkowska, wyrażają swój sprzeciw wobec konwencji i wyjaśniają, dlaczego jest ona antyrodzinna.

 

 *********************************************************************

 

2:0 dla dziewczynek

 

Natalka i Sonia. To historie dwóch wojowniczek, które tak bardzo mocno łączy jedno – z serca wypowiedziane przez rodziców „dziękuję”.

 

TEKST

MAGDALENA GUZIAK-NOWAK

 

 

Opowieść o Soni to historia wielowątkowa.Wątek pierwszy to sama Sonia. Krakowianka, młodsza siostra dwóch braci, obecnie nastolatków. Przekochana i niezwykle pogodna pięciolatka. – Tylko całować i przytulać – mówi Iwona Nawara, jej mama.

Wątek drugi – choroba. Sonia urodziła się z dziecięcym porażeniem mózgowym i niedowidzeniem. Diagnoza, którą kilka lat temu usłyszeli jej rodzice, wyznaczyła porządek każdego następnego dnia. Rehabilitacja, lekarze, poświęcenie. Za to wszystko Sonia odpłaca się wspaniałym uśmiechem i małymi postępami w rozwoju.

 

Kropla w morzu potrzeb

Wątek trzeci – NFZ. Dziewczynce „przysługuje” maksymalnie 30 wizyt u rehabilitanta na rok. Poza tym jest objęta opieką Ośrodka Wczesnego Wspomagania w Krakowie. Zapewnia on Soni zabawy edukacyjne, które rozwijają myślenie, uczą kojarzenia. Ośrodek traktuje Sonię „systemowo”, czyli zajmuje się wszystkimi schorzeniami naraz, a nie tylko jednym. Zajęcia opłaca Urząd Miasta Krakowa. Tylko co z tego, skoro to zaledwie godzina w tygodniu? To wszystko, co otrzymuje od państwa niepełnosprawne dziecko. – Kropla w morzu – puentuje pani Iwona i wspomina ze smutkiem wizyty u lekarzy. – Usłyszałam kiedyś, że powinnam zapiąć córkę w metalowy gorset, żeby siedziała prosto i żebym ja miała trochę czasu dla siebie. „Przecież nie może pani jej ciągle nosić!” – opowiada mama Soni. – W dziecięcym porażeniu mózgowym nie ma standardów. Jest tylko etykieta i kasa – dodaje.

Wątek czwarty: właśnie kasa. Rodzice Soni nie są ubodzy i w domu nie brakuje na chleb. Ale pieniądze, które kiedyś odkładali, już dawno temu wydali na leczenie córki. W sumie około 200 tys. zł. Tyle kosztowały turnusy rehabilitacyjne, nianie, leki, prywatni lekarze, paliwo. Nie stać ich na przychodzącego do domu logopedę, masażystę i rehabilitanta (wizyta każdego z nich to minimum 100 zł), a na oddanie Soni do ośrodka całodziennej opieki nie chcą się zdecydować. Rehabilitują dziecko na tyle, na ile pozwalają finanse. Inna sprawa to dorabianie się na rodzicach niepełnosprawnych dzieci. Zdaniem pani Iwony na rynku można przebierać w usługach i metodach leczenia chorych dzieci – oczywiście, jeśli ma się pieniądze. Inna sprawa, czy te usługi i metody są choć trochę skuteczne.

 

Bezinteresowna pomoc

Wątek piąty: dobre serca. Leczenie i rehabilitacja Soni są ciągle możliwe dzięki wsparciu rodziny, przyjaciół i zupełnie obcych ludzi. Zaczęło się z „przymusu”. – Potrzebowałam pomocników, bo metoda leczenia Soni wymagała obecności kilku osób podczas ćwiczeń. Nie mam problemu z proszeniem o pomoc i szybko znaleźli się wolontariusze – opowiada pani Iwona. Potem to oni zaczęli opowiadać o Soni swoim rodzinom i znajomym i w ten sposób dom państwa Nawarów otoczyli dobrzy ludzie. Spontaniczne reakcje, odruchy dobroci i życzliwości to ich codzienność.

– Dużym wsparciem jest też dla nas jeden procent. Gdyby nie to, byłoby naprawdę źle – mówi pani Iwona. Dzięki zebranym środkom już wkrótce Sonia pojedzie ze swoją mamą naUkrainę. 12-minutowy zabieg przeprowadzony przez tamtejszych lekarzy uwolni nogi dziewczynki od spastyki. Rodzice zapłacą 7 tys. zł. Żeby było mniej zabawnie, ten sam zabieg Sonia mogłaby mieć w Krakowie – wykonują go tutaj lekarze z Rosji, specjaliści od tej metody. Problem w tym, że w Polsce kosztowałoby to 12 tys. zł. Rodzice zdecydowali, że lepiej pojechać za granicę, a zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć choćby na rehabilitację. Tygodniowy turnus to kolejne 2–3 tys. zł.

 

Wnioski

„Opłaca się” działać, mimo deprymujących lekarskich diagnoz. – Wiele razy słyszałam, że nie wiadomo, ile bym ćwiczyła i co robiła, to i tak nic nie osiągnę. A osiągnęłam, Sonia osiągnęła. Coraz więcej mówi w swoim języku, ale wypowiada też zupełnie wyraźnie kilka „naszych” słów. Rozwija się psychicznie, coraz lepiej rozumie. Owszem, spełnia się też to, co lekarze wiedzą o porażeniu mózgowym. Spastyka mięśni, którą przepowiadali, mocno trzyma Sonię i utrudnia pójście krok dalej. Ale mamy sukcesy, wbrew medycynie – cieszy się pani Iwona. Na zakończenie opowiada o swoich marzeniach: że Sonia będzie siedzieć, chodzić, że zobaczy kwiaty. Może sobie na nie pozwolić, bo wierzy, że ludzie pomogą. Że my pomożemy.

 

Wojowniczka Natalka

Moją drugą bohaterką jest Natalka Staśko. Ma dwa i pół roku, starszą siostrę Emilkę, mamę, tatę i… dziesiątki tysięcy przyjaciół. Dzięki nim mały domek w Wieliczce zamienili chwilowo na mieszkanie we włoskiej Genui.

Rok temu Natalka spadła z krzesełka. Po tym wydarzeniu nie ma już ani śladu. Jednak rutynowe badanie odkryło inną tajemnicę. Dziesięciocentymetrowy guz na prawym nadnerczu. Nowotwór złośliwy zaatakował ją już wtedy, gdy była pod sercem swojej mamy. Neuroblastoma IV stopnia, czyli nerwiak wrodzony współczulny.

Co czuła mama dziecka, które było zdrowe i nagle przypadkiem znaleziono mu raka? –Na początku na pewno ogromny strach, lęk i przerażenie przed chorobą, przed tym, co będzie dalej, przed utratą dziecka. Wiele wylanych łez... – opowiada mi przez Skype’a Justyna Staśko, mama Natalki. – Później to wszystko zamienia się w walkę o zdrowie i życie, działanie, poświęcenie do granic swoich możliwości, żeby tę walkę wygrać.

 

Walka trwa

Leczenie rozpoczęło się od chemioterapii. Osiem cykli dożylnie co 10 dni. Po zakończeniu chemii lekarze wycięli guz wraz z okolicznymi węzłami chłonnymi. Potem był autoprzeszczep, czyli pobranie komórek macierzystych z krwi obwodowej Natalki po to, by po tzw. megachemii, która niszczywłasny szpik, podać je z powrotem, by szpik się odbudował. We wrześniu ubiegłego roku Natalka przeszła radioterapię, a w październiku wyjechała do Włoch na terapię przeciwciałami. Wtedy ten etap leczenia nie był w Polsce możliwy.

Obecnie Natalka ma za sobą trzy z pięciu cykli antyGD2. Jeden cykl trwa 36 dni. Przez 10 dni Natalka otrzymuje przeciwciała antyGD2 i leki stymulujące układ odpornościowy. Towarzyszy temu chemioterapia. Potem przerwa i to samo, przez najbliższe pół roku. Po drugim cyklu przeciwciał lekarze zrobili badania kontrolne. Ich wyniki były dla Natalki bardzo pomyślne – nie wykryto komórek nowotworowych. – Z taką informacją trochę łatwiej znieść cotygodniowe zmiany opatrunku przy wejściu centralnym, badania krwi, ból i gorączkę. Łatwiej jest i Natalce, i nam, rodzicom, choć widok „naćpanego” morfiną dwulatka jest po prostu trudny. A niestety, tylko tak silny środek może ukoić jej ból – mówi pani Justyna.

Kiedy Natalka jest w lepszej formie,całą rodzinką spacerują po Genui, oglądają statki i wrzucają kamyki do morza. Może myślą też czasem o wycieczce do Disneylandu, bo gdy trwała zrzutka na leczenie, znajomi obiecali, że zbiorą nie tylko na przeciwciała, ale jeszcze na Myszkę Mickey. Żeby zwrócić Natalce dzieciństwo.

Terapia przeciwciałami, która w Polsce dopiero zaczyna raczkować, kosztuje na świecie od 150 do 600 tys. zł. Niewielu Polaków ma na koncie takie pieniądze, za to wielu nie ma nawet zdolności kredytowej. Rodzice Natalki zebrali tyle,by na pewno wystarczyło – najpierw na badania kwalifikacyjne w Genui, a potem na samą terapię.

– Zbiórka pieniędzy była dla nas trudnym i ogromnym przedsięwzięciem. Byliśmy rozerwani między domem a szpitalem, a tu trzeba było drukować ulotki, plakaty… Pomogła nam rodzina, znajomi i zupełnie obcy ludzie – mówi mama. Były koncerty charytatywne, reportaże w prasie i telewizji, aukcje na Allegro i bazarek na Facebooku – tu działy się cuda, kiedy uczestnicy licytowali dla Natalki i za najzwyklejsze maskotki byli w stanie zapłacić kilkaset złotych.

 

Pomagajmy

Dziecięce walki z chorobą nigdy nie są fair. Nie tylko dlatego, że rak albo niepełnosprawność atakuje małe, bezbronne ciałko. Najbardziej nie fair jest wtedy, kiedy dziecko umiera, bo rodzice nie zdążyli zebrać jakiejś astronomicznej kwoty na leczenie. Każda taka sytuacja jest naszą ogromną porażką. Na szczęście możemy wiele, żeby było inaczej.

 

**************************************************************

 

Przylgnąłem do mistyki

 

 Z Adamem Bujakiem rozmawia Łukasz Kaźmierczak

 

 Pięknie się do Pana jedzie. W takiej okolicy trudno nie myśleć obrazami…

 

– Rzeczywiście – stąd są dwa kroki na Wawel, do klasztoru Kamedułów na Bielanach, na kopiec Kościuszki, tylko kawałek dalej do Tyńca. Tuż obok jest sanktuarium Jana Pawła II i sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Cała ta okolica jest zresztą mocno związana z osobą Karola Wojtyły. Tu pracował jako robotnik w kamieniołomie na Zakrzówku, tutaj był jego dom, tymi uliczkami się przechadzał. To była postać obecna właściwie od chwili mojego urodzenia. W tym miejscu ludzie znali się bardzo dobrze, bo ta dzielnica nazywała się kiedyś osiedle Legionowe. Tutaj mieszkali bohaterowie wojny bolszewickiej, te działki przydzielał sam marszałek Piłsudski.

 

 Pański Ojciec też był żołnierzem?

 

– Tak, oficerem Legionów. Potem walczył pod Radzyminem w 1920 r. Obok okopu, w którym się schronił, wybuchła bomba i zasypała go ziemia. Odkopali go po pół godzinie. Przeżył, ale uraz został, trochę się potem jąkał. Ojciec Wojtyły też był legionistą, oni się spotykali, przecież mieli tu ledwie kilka kroków do siebie.

 

 Rzeczywiście, Tyniecka 10, to niedaleko.

 

– Dom Wojtyłów stoi nadal w tym samym miejscu. To ten sam adres, pod którym zmarł Karol Wojtyła senior i gdzie przyszły papież po powrocie z pracy czuwał przez całą noc przy zwłokach ojca.

 

 Pańskie pierwsze świadome zdjęcie?

 

– Zrobiłem je w szkole podstawowej pożyczonym aparatem. To był klasztor w Tyńcu. Nie mam pojęcia, gdzie są te zdjęcia. Dość szybko jednak zacząłem robić świadome fotografie. Potem, już na Akademii Sztuk Pięknych, miałem szczęście do wspaniałych profesorów, pod ich okiem mogłem praktykować sztukę tworzenia książek, albumów, kompozycji. Jeden z nich, prof. Witold Chomicz, zaprojektował okładkę mojego pierwszego albumu Auschwitz. Powiedział mi kiedyś: znajdź oryginalny obozowy drut z Auschwitz i przynieś do mnie. Teraz bym pewnie poszedł za to do więzienia, ale wtedy tych drutów leżało wokół obozu całe mnóstwo. No i ten drut został potem przez niego jakby wciśnięty w okładkę mojego albumu.

  

Co tworzy fotografie Adama Bujaka?

 

– To wszystko dzieje się tylko i wyłącznie w mózgu. To on naciska na palec wskazujący, który dotyka spustu aparatu. To jest chyba jakaś tajemnica.

 

Kiedy zrobiłem jeden z moich pierwszych albumów o Krakowie, znany fotografikHenryk Hermanowicz powiedział do mniebardzo zdenerwowanym głosem: „Panie Bujak, pan jest jeszcze młody, proszę posłuchać: kiedy pan naciska spust, ja chowam aparat fotograficzny”. Z kolei zupełnie inaczej wypowiadał się inny wielki mistrz fotografii polskiej Edward Hartwig, z którego ust słyszałem zawsze aprobatę i ciepłe słowa. To wszystko jest więc także trochę subiektywne.

 

 Jeszcze ktoś inny pytał: „Słuchaj, co Ty właściwie teraz fotografujesz?”.

 

– Tak, to słowa Ryszarda Rzepeckiego, który nieraz podchodził do mnie, mówiąc: „Pstrykasz? Bo jatutaj kompletnie nic nie widzę”. O tak, wiele ludzi mnie indaguje: Dlaczego Pan to fotografuje i tak fotografuje? A odpowiedź na te pytania, nawet dla mnie, wcale nie jest taka oczywista.

  

 Jak to się stało, że zaczęto nazywać Pana fotografem mistycznym?

 

– Tak samo jak dziś nazywają mnie fotografem papieskim. A nikt mi przecież nigdy nie nadawał tego tytułu, ja zawsze czułem się takim trochę przyklejonym do Ojca Świętego. Na zasadzie przylgnięcia – tak mi się wydaje. I bardzo mocno sobie to przylgnięcie cenię. Pyta pan o mistyczne fotografie. Mistyka dzieje się poza mną. Pamiętam taką migawkę z Janem Pawłem II na placu Świętego Piotra. To było kilka miesięcy przed jego śmiercią. Stałem może ze dwa, trzy metry od niego. W stronę papieża jechało grubo ponad sto wózków inwalidzkich. Ojciec Święty siedział niby na tronie, ale tak naprawdę to był właściwie wózek inwalidzki na kółkach. Już niemal nic nie mówił, ale nie zapomnę dotyku jego trzęsącej się ręki, kiedy przyprowadzano do niego tych wszystkich chorych, nieraz połamanych, kompletnie nieprzytomnych, coś bełkocących, ze skręconymi rękami. To było jakieś takie mistyczne wydarzenie, kompletnie nieprawdopodobne. A ja mogłem utrwalać to wszystko w obiektywie.

  

Podobno nigdy Pan tych fotografii nie policzył?

 

–Nigdy. Nie wiem, ile dokładnie zrobiłem zdjęćOjcu Świętemu. Zacząłem jeszcze kiedy był biskupem krakowskim, a potem pstrykałem je dalej, aż w końcu doszliśmy do Watykanu. Ile ich jest?Pół miliona? Milion? Może więcej? Teraz znalazłem znowu jakieś fotografie, o których już kompletnie zapomniałem. Przeglądam, patrzę: no fajne zdjęcia z Castel Gandolfo, Ojciec Święty śpiewa sobie na dziedzińcu z młodymi ludźmi, na innych spotyka się z harcerzami. Zupełnie wyleciało mi to z głowy.

 

 Był Pan zawsze tuż obok, o krok, prawda?

 

– Gdyby pan odciął palec z dłoni papieża i pokazał mi go, to bym powiedział: to na pewno Wojtyły… Taka przysłowiowa pamięć fotograficzna. Ale faktycznie, zwłaszcza te ostatnie pięć lat, aż do śmierci Ojca Świętego, byłem bardzo częstym gościem u niego. Wraz z Markiem Skwarnickim siadywaliśmy wieczorami w pokoju papieża, długo i serdecznie rozmawialiśmy. Aż w końcu ks. Dziwisz mówił: „Ojcze, może byśmy ich wreszcie wyrzucili, bo już jest wpół dwunastej?”. A papież: „To co, spotkamy się jutro?”. I rzeczywiście, za chwilę znowu się widzieliśmy.

 

 Pańskie granice twórczości artystycznej?

 

–Za żadne pieniądze nie zrobię niczego, co mnie nie interesuje, nie zainspiruje. Ja nie robię książek pod zamówienie. Nikt mi nie mówi: zrób to i to. Oczywiście, fotografowanie to mój chleb, za swoje książki biorę pieniądze, ale to ja steruję tym wyborem artystycznym. Staram się także, żeby była to sfera wokół spraw Pana Boga. To może się różnie przejawiać. Poprzez sztukę sakralną, obrzędy, spotkania z konkretnymi ludźmi, nierzadko dotykanie nieznanych, kompletnie zamkniętych światów.

 

 Choćby kameduli w obiektywie Adam Bujaka. To już przecież klasyka gatunku…

 

– Fotografowanie klasztorów kontemplacyjnych jest zupełnie wyjątkowym przeżyciem. Mieszkanie w klasztornych murach, wstawanie o 3.30 rano, współuczestniczenie w codziennym życiu zakonnym. Udało mi się nawet dotrzeć do całkowicie zamkniętych dla świata zewnętrznego klasztorów żeńskich czy do prawosławnych mnichów z wyspy Athos – dziś obowiązuje już tam bezwzględny zakaz fotografowania.

 

 Przeglądałem Pańskie zdjęcia Romów. To też hermetyczny świat.

 

– O tak, pod wieloma względami nawet bardziej niż zakonny.Te moje cygańskie zdjęcia pochodzą z początku lat 60. Mówiąc szczerze, było to bardzo trudne zadanie, bo oni nie uznawali fotografii, a ich hermetyczność miała sztywne, ściśle wytyczone granice. A jednak udało mi się wejść w ten świat z aparatem.

 

 Zdradzi mi Pan swój sposób?

 

– Może dlatego, że nigdy nie wykorzystuję moich zdjęć po to, żeby kogoś wykpić, ośmieszyć, skompromitować? Dziś przeżywamy dramat masakry w redakcji „Charlie Hebdo”. Powiem teraz coś niepopularnego, ale uważam, że to banda napadła na bandę. Jest oczywiście tragiczne, że ludzie giną, że ktoś kogoś morduje, to się nie powinno nigdy stać, ale istnieje też jakaś granica wytrzymałości. Satyrycy przekroczyli tę granicę, kpili sobie w sposób niezwykle obrzydliwy z religii – nie tylko z islamu, może jeszcze bardziej nawet z chrześcijaństwa – ocierając się w swoich rysunkach o granicę pornografii. To się nie stało bez powodu, to nie było za darmo.

  

Za to Pan miewał problemy raczej z powodu swojego religijnego ukierunkowania.

 

–Ale nie jakoś specjalnie często.Pamiętam, kiedy na początku lat 60. zaproponowałem wydanie albumu o jakimś mieście, dyrektor Wydawnictwa Sport i Turystyka zaczął przykrywać krzyże kościołów, mówiąc: „Panie Bujak, ale niech pan zobaczy, czy to nie jest lepsza kompozycja?”. A potem ten sam człowiek przeszedł niezwykłą metamorfozę.

 

 Metamorfozę?

 

– To ciekawa historia. Tuż po zakończeniu stanu wojennego zdobyłem tajną Nagrodę Kulturalną „Solidarności” za fotoreportaż z pogrzebu ks. Jerzego Popiełuszki, która pomogła mi finansowo, bo ja nie miałem wówczas z czego żyć. Tenże dyrektor wydawnictwa wezwał mnie do siebie i mówi: „Panie Adamie, towarzysze z Komitetu Centralnego powiedzieli mi, żeby Pana przepędzić z wydawnictwa. My wiemy, że zdobył pan nagrodę «Solidarności»”. Wtedy ja mu zacząłem opowiadać o Popiełuszce. W pewnym momencie poleciały mu łzy i mówi: „A teraz ja muszę panu coś powiedzieć: jestem pułkownikiem kontrwywiadu wojskowego. Moja matka wychowywała mnie na człowieka wiary, ale ja się związałem z komunistyczną partią. Cała moja droga to była PZPR i walka z Bogiem. Ale to, co mi pan powiedział, to raczej mnie wyrzucą z tego wydawnictwa niż pana. Jaką pan chce książkę wydać, to ja ją panu wydam”. Poprosiłem o dwie rzeczy: o Misteria i o Chrześcijańską Ruś.

 

 Wysoko Pan zalicytował.

 

–To prawda. Pokazywanie misteriów w oficjalnym obiegu było zakazane przez Biuro Polityczne partii, która absolutnie nie dopuszczała do epatowania wszelkimi przejawami pobożności ludowej. A mimo to ów dyrektor wydał tę książkę. On, pułkownik PRL-owskiego wojska, szef wydawnictwa z partyjnej nominacji, wyłamał się. Nie doszedł do ściany.

  

Album o chrześcijańskiej Rosji to już w ogóle półka z napisem „science fiction”.

 

– A jednak po kilku latach udało się i to zrealizować.Zdawałem sobie sprawę, żeZwiązek Sowiecki jest państwem, które najbardziej prześladowało religię i właściwie to niepojęte, że gdzieś tam jeszcze jakaś świątynia się ostała. Chciałem to zobaczyć na własne oczy. I naprawdę, wpuszczono mnie do ZSRR. Objechałem Rosję od krańca do krańca: wyruszyłem od granicy z Białorusią, a zatrzymałem się na Morzu Japońskim. Przejechałem ponad 60 tys. kilometrów.

 

 Ale jak? Jakim cudem?

 

–Trafiłem na czas pieriestrojki, zaczynała się nowa Rosja, lata 1988–1990, epoka Gorbaczowa, a potem wczesnego Jelcyna. Poświęciłem na to ponad trzy lata mojego życia i kilkanaście wyjazdów. Ale było warto. Spotkałem tam bowiem ludzi wielkiej wiary, niesamowite postacie, takie jak ojciec Gleb Jakunin, który siedział 12 lat w koszmarnym łagrze. Ludzi zupełnie otwartych, odważnych, niebojących się opowiadać straszne rzeczy o strasznych sowieckich czasach.

  

Wstrzelił się Pan idealnie w historyczny moment.

 

– To była dosłownie chwila wolności. Dziś rosyjska historia znów zatoczyła koło, teraz taka podróż nie byłaby już raczej możliwa. Dotarłem na przykład do sowieckich łagrów. Sprzyjały mi okoliczności. W Omsku – tam, gdzie tuż po rewolucji bolszewickiej urodziła się moja mama, sybiraczka – miejscowy arcybiskup zaproponował, że przydzieli mi księdza, który

 

zawiezie mnie pod granicę Kazachstanu, do słynnego łagru o nazwie „Kolonia 8”. Przejechaliśmy tysiąc kilometrów, w czasie podróży zapytałem tego księdza, kim był za Breżniewa. A on na mnie tak specyficznie popatrzył i odpowiedział: „Byłem panem życia i śmierci”…

 

 Enkawudzista….?

 

– Nie, pierwszy sekretarz komitetu partii… Odpowiedziałem: „Ale ja widzę uduchowionego kapłana, jak to jest?”. Znowu na mnie spojrzał dziwnie i mówi: „Jest pan lekko szpakowaty, ale może pan osiwieć, kiedy usłyszy o tym, co kiedyś robiłem”. I tak dojechaliśmy do łagru. Pokazał ręką: „Widzi pan, w tych barakach jeszcze w latach 70. trzymaliśmy świnie, a w tamtych barakach więźniów. Jak świnie nie miały co jeść, to więźniów rozstrzeliwaliśmy, otwieraliśmy drzwi i wpuszczaliśmy zwierzęta…”.

 

 Spotkał więc Pan radzieckiego Szawła….

 

– Tak, taka niemal biblijna postać. Zaczął opowiadać mi o swojej wielkiej przemianie: „Wszedłem do jedynej na przestrzeni tysiąca kilometrów cudem ocalałej świątyni. W środku widzę jakiegoś towarzysza przybitego do krzyża, obok jakiś obraz z kobietą trzymającą chłopczyka na rękach. Zupełnie nie wiedziałem, co to są za postacie. Tak bardzo byłem zateizowany. Wołam batiuszkę, tłumaczy mi i czuję, że to mnie roztapia od środka. I tak przyszedłem do wielkiej wiary w Chrystusa”.

 

 Mocna historia.

 

– Tam same takie. Wiele widziałem. Dotarłem na Sołowki, przeszedłem je wzdłuż i wszerz. Potworne miejsce. Byłem m.in. w słynnym sołowieckim monastyrze, gdzie zobaczyłem cele niskie na metr, takie makabryczne, wydrążone dziury, to było coś tak przerażającego, że nie dało się tam długa wytrzymać.

 

O, proszę zobaczyć, tutaj z kolei mam brzozowy krzyż z osławionego tobolskiego łagru – przechodzi przez niego drut, przez który płynął prąd wysokiego napięcia, a w to wpleciona jest gałązka wyschniętych jabłuszek z sadu, który wyrósł z ludzkich wnętrzności, bo więźniowie nie byli w stanie ich strawić. Nie ma na świecie zdjęć, które byłyby w stanie oddać taki koszmar.

 

Pan jednak nie unika podobnychtematów. Teraz znów będzie Auschwitz?

 

– Będzie. Jakiś czas temu zrobiłem w Auschwitz zdjęcia byłych więźniów: nieżyjącego już dziś niestety aktoraAugusta Kowalczykaoraz izraelskiej pisarki Haliny Birenbaum. Materiał świetnie się udał, chcę z tego zrobić książkę. To dwie niesamowite postacie: on osadzony był w celi śmierci i zdołał uciec z obozu, ona siedziała już w komorze gazowej, ale ocalała bo zabrakło gazu. Zapytałem ją kiedyś: „Halino, powiedz mi, ty doświadczyłaś takich skrajnych rzeczy, przeżyłaś prawdziwe piekło, a masz w sobie tyle miłości i życzliwości?”. A ona na to: „Tak, ja kocham ludzi”. I to święta prawda, proszę sobie wyobrazić, że ona, stuprocentowa Żydówka potrafi napisać do mnie nawet kartkę na Boże Narodzenie.

 

 Dlaczego chce Pan tam wracać?

 

– Wracam dziś do tego „koszmaru świata”, bo ludzie zapominają, przestają wierzyć. Wspomniana Halina Birenbaum, która osobiście oprowadza wycieczki z Izraela po obozie, mówi, że kiedy opowiada o tym, iż największą oprawczynią na jej bloku była Żydówka i o tym wszystkim co tam tak naprawdę przeżyła, inne przewodniczki przerywają jej, zaprzeczają, nie chcą wierzyć. Ten album jest więc niezwykle potrzebny.

  

Cały czas znajduje Pan nowe inspiracje?

 

– Znajduję. Teraz robię choćby wielką książkę o Zmartwychwstaniu Pańskim: ostatnie dni życia Jezusa Chrystusa, czyli od Niedzieli Palmowej aż po Wniebowstąpienie. Mam to wszystko udokumentowane w dziełach sztuki. Jeździłem po całej Polsce i po świecie, zbierając materiały w różnych, często zupełnie zapomnianych miejscach. Odkryłem np. miejscowość Koziegłowy koło Częstochowy, a w niej kościół z freskami, które wyglądają tak jakby były namalowane przed chwilą. Te freski to jest zjawisko, cała męka Chrystusa, łącznie z Chrystusem w grobie i zmartwychwstaniem. Człowiek staje przed czymś takim w niemym zachwycie. To jest jak modlitwa obrazami.

 Inne plany?

 – Och, te plany zależą nie tylko ode mnie…

  Bo, cytując Adam Bujaka: „Jestem już w wieku poborowym”?

 – Nie boję się śmierci. Kompletnie. W tym roku obchodzę pół wieku odkąd wstąpiłem do Arcybractwa Dobrej Śmierci. Teraz jestem tam bratem starszym. Od lat modlimy się ze współbraćmi o to, abyśmy uniknęli nagłej i niespodziewanej śmierci. Powtarzamy: „Memento homo mori” – „Pamiętaj człowiecze o śmierci, a za grzechy pokutuj”.

 Dla mnie śmierć jest pięknym akcentem kończącego się życia, przejściem do życia wiecznego. Bardzo bym pragnął umrzeć tutaj, na tym łożu, na którym teraz siedzimy i rozmawiamy, w otoczeniu najbliższych, pojednany z Panem Bogiem, wiedząc, że odchodzę. Tak jak odchodził Ojciec Święty.

 

 Adam Bujak – znakomity polski fotografik, członek Związku Polskich Artystów Fotografików oraz Royal Photographic Society w Londynie. Przez ponad 40 lat uwieczniał na zdjęciach życie i posługę kapłańską Jana Pawła II. Autor ponad 130 albumów fotograficznych, które sprzedały się ogółem w liczbie około 3 mln egzemplarzy. Laureat wielu nagród krajowych i międzynarodowych, m.in. Nagrody Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia „Totus 2003” za „osiągnięcia w dziedzinie kultury chrześcijańskiej”.

 



skocz do góry

 wersja polskaenglish version









Kontakt osobisty, sprawy pilne: ms.marek@interia.pl

© modlitwaserca.org

Najlepsze katolickie strony   STRONY BOGA KOCHAJĄCYCH   JEZUS   topAPOSTO? - ranking stron chrześcija?skich  .